Ostatnie stadium demokracji?

„Żenada”, „ostatnie stadium demokracji” – tak internauci komentują występ posła Roberta Biedronia z Ruchu Palikota w jednym z programów rozrywkowych Eska TV. Parlamentarzysta próbował tam śpiewać starą piosenkę Britney Spears. Tuż po występie żartował, że nie bolą go nogi, tylko pupa, co akurat jest czymś dobrym. Dziś byłego szefa Kampanii Przeciw Homofobii krytykują politycy od prawa do lewa. Sęk w tym, że polityka na całym świecie to przede wszystkim show, a nie merytoryka. Najlepszym tego przykładem jest sukces Baracka Obamy.

- Ruch Palikota to jest jakiś wybryk demokracji. To, że my musimy obcować z tego rodzaju osobnikami w parlamencie jest dla nas przykre, ale co mamy zrobić? Każdy jest wolnym człowiekiem i jak ktoś chce się grzebać w gównie, niech się grzebie. Jakiż tutaj komentarz do tego rodzaju zachowania można przedstawić? - powiedział Superstacji poseł Stanisław Pięta z PiS.






- Nie sądzę, żeby to była substancja taka, o której pan myśli - skomentowała Superstacji zachowanie klubowego kolegi Anna Grodzka. Według niej Sejm nie musi kojarzyć się ze sztywnością. - W pracy, na sali sejmowej, we wszystkich tych sytuacjach oficjalnych poseł Robert jest zupełnie poważnym posłem, jest świetnym posłem - broniła kolegi. Sam zainteresowany stwierdził, że jego występ był częścią programu satyrycznego, w którym można bawić się świetnie, a nie zajmować "Smoleńskiem i innymi głupotami". Zapowiedział, że będzie kontynuował tego typu zabawy.

Znaczenie zabawy doskonale rozumie prezydent Stanów Zjednoczonych Barack Obama. Potrafi spontanicznie udać się do sieci fast-food, czy odwiedzić studentów. Nie protestuje, kiedy zostanie oblany jogurtem. Bez problemu wykonuje przysiady przed kamerami. Kiedy trzeba, to weźmie udział w karaoke, czy zatańczy. Pełen luz, którego brakuje polskim politykom, choć Donald Tusk i Bronisław Komorowski czasem próbują naśladować takie zachowania. W USA zwyciężyła demografia, a elementem tej demografii byli młodzi wyborcy. Poprzez luz Obama dotarł do nich idealnie. W końcu cel uświęca środki.

Rok temu oglądałem w telewizji niskobudżetowy film „Idiokracja”. Nie zebrał dobrych recenzji, nie był to obraz wyjątkowo artystyczny, ale niósł ze sobą pewne przesłanie. W ramach eksperymentu wojskowego zamrożono dwóch przeciętnych ludzi – żołnierza i prostytutkę. Niczym w „Seksmisji” wybudzenie nie nastąpiło zgodnie z planem, a dopiero w 2505 roku. Dwójka bohaterów szybko zrozumiała, że są najmądrzejszymi ludźmi na Ziemi. Miejscu, gdzie nie podlewano już upraw wodą, tylko napojem energetycznym. Z kolei ulubioną rozrywką ziemian było oglądanie pornografii. W produkcji sporo miejsca poświęcono też polityce. Funkcję prezydenta Stanów Zjednoczonych sprawował były aktor filmów porno. Przemawiał jakby zapowiadał walkę bokserską lub rapował. Izba Reprezentantów przypominała klub.

Czasami wydaje mi się, że reżyser „Idiokracji” przewidział przyszłość. Być może pomylił się w jednym. Nie pokazał obrazu polityki za 500 lat, tylko tej z kolejnych dekad XXI wieku. Dziś łatwo się śmiać z Roberta Biedronia, ale za parę lat może się okazać, że on był tylko jednym z prekursorów nowej polityki. Kilka dni temu miałem okazję nagrać bardzo ostrą wypowiedź posła Prawa i Sprawiedliwości. – Chcę mówić tak ostro, jak Robert Biedroń, tylko prawicowo oczywiście – powiedział tuż po wyłączeniu kamery.
Trwa ładowanie komentarzy...