Sejm niczym szkoła? Co drugi poseł ma pseudonim lub przezwisko

W ostatnich dniach nie było chyba programu informacyjnego, w którym nie natknęlibyśmy się na twarz nowego prezesa Polskiego Stronnictwa Ludowego. Na serwisie społecznościowym Facebook Monika Olejnik porównała Janusza Piechocińskiego do bohatera kultowej kreskówki – Freda Flinstone’a. Zainspirowało mnie to do stworzenia materiału o ksywach i pseudonimach polskich polityków. - W Sejmie nauczyłem się więcej ksywek niż w szkole. Okazuje się, że tu co drugi poseł ma jakąś ksywkę – mówi Tomasza Kalita, były rzecznik Sojuszu Lewicy Demokratycznej.

Najchętniej na temat pseudonimów i przezwisk rozmawiają posłowie Ruchu Palikota. Nie ograniczają się do zdradzania ksywek polityków konkurencyjnych ugrupowań. Bez ogródek wypowiadają się o własnym podwórku. - Che Guevara to nazywamy posła Artura Dębskiego, Sołtys, czyli ja i Wodzu - tak do szefa mówimy - zdradza Superstacji Tomasz Makowski, poseł Ruchu Palikota. Klubowemu Che Guevarze nie przeszkadza ksywka. Twierdzi, że zna historię kubańskiego rewolucjonisty. Przez jednych określanego wojownikiem o wolność, przez innych zbrodniarzem.





Poselskie pseudonimy powstają spontanicznie. Impulsem może być jakieś zabawne wydarzenie, wypowiedź, wygląd zewnętrzny, czy cecha charakteru. Zazwyczaj przezwisko żyje krótko, bo przez jedno-dwa posiedzenia Sejmu. Czasem zostaje na stałe. Przeciwnicy Adama Hofmana w Prawie i Sprawiedliwości mówią o nim złośliwie „Fochman”. Według 24-letniego posła Michała Kabacińskiego rzecznik PiS dorobił się też innej ksywy. - Związanej z makijażem. Słyszeliśmy, że mówili na niego Puder. Słyszeliśmy także o pośle Kaliszu, który po kupieniu nowych okularów zyskał miano Henia z reklamy jednego z hipermarketów – twierdzi poseł Ruchu Palikota. Zgadza się z Moniką Olejnik, co do podobieństwa Piechocińskiego z bohaterem „Flinstone’ów”. Jednocześnie minister finansów przypomina mu „Gargamela”.

Młody parlamentarzysta twierdzi, że najważniejszy jest dystans do siebie. Dystans, którego czasem brakuje prawicowym ugrupowaniom. - Pseudonimem w PSL-u to był poseł Gbury, a w Solidarnej Polsce poseł Przymularczyk – twierdzi Makowski. Szef klubu parlamentarnego Solidarnej Polski uważa jednak, że to błahy temat i są ważniejsze problemy, którymi trzeba się zajmować. Jednocześnie nie przejmuje się przezwiskami. - Nie sądzę, żeby to był jakiś powszechny... jakaś powszechna tutaj nazwa - mówi Superstacji.

Marek Suski z konkurencyjnego PiS-u o swoich ksywkach mówi bez ogródek. „Susełek” mówiono na niego już w szkole, ale w Sejmie dorobił się innej. - Mam ksywkę Susłow, więc trochę mniej pozytywnie - mówi. Michaił Andriejewicz Susłow był działaczem radzieckiej partii komunistycznej. Zajmował się m.in. ideologią, propagandą i kulturą. Ale poseł Suski doskonale wie, że nie tylko jego pseudonim brzmi kontrowersyjnie. - Różne są... na przykład Marszałek Wenderlich, to mówią Wunderwaffe - tłumaczy. Słowo to w propagandzie hitlerowskiej oznaczało zaawansowaną technologicznie broń, która miała dać III Rzeszy ostateczne zwycięstwo.

Dawna broń SLD, czyli Grzegorz Napieralski twierdzi, że zarówno w Sejmie, jak i w szkole spotkał się tylko z pozytywnymi pseudonimami. - Mówiąc Napieralski, a jeszcze Grzegorz do tego, dla wszystkich było trudno, więc sobie skracali i mówili Napieraś, Pieraś i inne takie tam - wspomina szkolne lata poseł SLD. Sejm niewiele różni się od szkoły. W obu miejscach jest dzwonek. Uczniów wzywa na lekcje, posłów - w nieco innej tonacji– na głosowania.
  • ZOBACZ TAKŻE:
  • Sejm
Trwa ładowanie komentarzy...